spływ utrata opis szlaku

Do Utraty tchu – mazowiecki spływ ekstremalny

Dawno, dawno temu (w latach osiemdziesiątych), licznie przyjeżdżający do Żelazowej Woli turyści z Japonii, podczas zwiedzania parku natrafiali w jego drugiej części na niesamowite zjawisko. Oto zza drzew i klombów, wypływało znienacka COŚ. COŚ przepływało monotonnie przez park i oddalało się w kierunku Sochaczewa niosąc za sobą mało subtelną nutę chemicznych zapachów. I nie była to dobra nuta (mimo muzycznego klimatu miejsca). Chopin, jakby żył, uciekłby stąd czym prędzej z fortepianem pod pachą. Była to Utrata…

Zresztą nie tylko nuta. Kolor tego cieku (bo ciężko było to coś nazwać rzeką) oscylował między brudnym białym a popielatą szarością. Biedni Japończycy, którzy przyjechali z cywilizowanego kraju, próbowali racjonalnie wytłumaczyć owe zjawisko i byli przekonani, że to… zabieg celowy, że ktoś, kto projektował ten park miał taki zamysł, że może biała maź będzie się ładnie komponować.. Tylko z czym? Czasu na przemyślenia wiele nie mieli bo smród skutecznie odpychał ich w kierunku wyjścia.

Utrata – płynąć? Nie płynąć?

Tak było kilkadziesiąt lat temu. A jak jest dziś? Czy Utrata jest już normalną rzeką? Czy da się na po niej spłynąć kajakiem? Mamy dla Was tradycyjnie dwie wiadomości – dobrą i złą. Ta pierwsza brzmi – tak. Utrata zmieniła się nie do poznania. Można wsiadać w kajak, można nad nią usiąść bez maski gazowej. Zła wiadomość jest taka, że wiele jest jeszcze do zrobienia i mimo, że nie trują jej już żadne zakłady – wciąż, niczym nad bezdomnym psem, pastwią się nad nią źli ludzie. A tych niestety jest w tym kraju całkiem sporo.

Wracając jednak do meritum – Utrata to rzeka, której nie polecamy początkującym kajakarzom. Ochotnikom żądnym wrażeń zalecamy, by mierzyli się z nią przy wyższym poziomie rzeki, by byli przygotowani na nieprzyjemne zasadzki, wreszcie – by raczej zakończyli spływ w Żelazowej Woli. Dalsza wycieczka może naprawdę stać się (póki co) bolesną udręką. Przeczytajcie dlaczego – oto nasz opis trasy spływu kajakowego Utratą.

Podkampinos – start i pierwszy postój

Spływ rozpoczynamy w miejscowości Podkampinos. Wodujemy się pod mostem i rozpoczynamy wycieczkę w kierunku zachodnim. Na wstępie istotna uwaga – płynęliśmy przy niskim stanie rzeki z racji ogólnej suszy, która drastycznie wpłynęła na poziom wód w niemal każdej rzece w Polsce. Stąd też na dzień dobry przywitała nas pojawiająca się tu i ówdzie rzęsa wodna.

Przebieramy wiosłami płynąc przed siebie – meander i zakrętów tutaj raczej nie uraczymy, Utrata płynie prawie „pod linijkę”, z rzadka tylko zmieniając łagodnie kierunek. Pierwsze spostrzeżenia – Utrata jest, mimo niskiego stanu, głęboką rzeką. Zapomnijcie o brodzeniu po dnie i piaszczystych plażach. To nie Rawka czy Bzura. Brzeg jest cały czas niedostępny i porośnięty szuwarami. Nie mija więcej niż 10 minut i docieramy do pierwszego dogodnego punktu postojowego. Na prawym brzegu rzeki przygotowano miejsce na piknik, jest też dogodny pomost do przycumowania. Pamiętajmy jednak, że to teren prywatny i jeśli chcemy tam zabalować – należy powiadomić właściciela. Po krótkiej przerwie wsiadamy w kajaki i kontynuujemy spływanie.

Amazońską rzeką do Zawad

Utrata leniwie zakręca a potem nadal trzyma się prosto. Towarzyszy nam cały czas nierozłączne trio – rzęsa, szuwary i zwisające ku wodzie liściaste drzewa. Spływ Utratą przypomina (chyba – bo nigdy nie byliśmy;) wycieczkę po amazońskiej rzece – jest dziko, gęsto od zieloności, w dodatku towarzyszy nam ewidentnie przedburzowa pogoda. Mija kolejnych dziesięć minut i napotykamy na zabawne miejsce – nazwaliśmy je Ławeczką Zadumy – na lewym brzegu rzeki ktoś wybudował sprytny pomost i ustawił na nim ławkę – idealne miejsce na zatopienie się w ciszy i podziwianie sunącej u stóp rzeki.

Spływamy dalej. Na trasie jest teraz mniej drzew, rzeka płynie raz szeroko, raz wąsko. Co kilka chwil napotykamy na kładące się do wody drzewo. Trasa jest ewidentnie nieprzetarta, co ma swój niewątpliwy urok choć momentami zmusza do przyjęcia uderzenia „z liścia” w twarz. „Jedziemy” cały czas prosto – rzeka niezauważalnie zmienia czasami kierunek i po mniej więcej godzinie od rozpoczęcia spływu dostrzegamy po prawo na horyzoncie wieżę kościoła w Zawadach. Oznacza to, że za kilka chwil dopłyniemy do mostu w tejże wsi. Mijamy go wkrótce, podziwiając jego siermiężną, nadżeraną czasem betonową konstrukcję i spływamy dalej, cały czas przed siebie, przecinając mazowieckie łąki. Na razie nic strasznego się nie dzieje – owszem, pojawiają się gdzieniegdzie śmietki, czasami ciężko jest się przedrzeć przez gałęzie, „rząsa” nam nieco brudzi wiosła – ale płynie się całkiem przyjemnie.

Sprytna Brzoza i Sosna Barszczewskiego

Kilka minut po minięciu Zawad spotykamy na brzegu kolejne ławeczki ale już nie tak oryginalne jak ta wcześniejsza. Rzeka po kilku chwilach robi się wąska i przebijamy się (czasami dosłownie – wiosłem) przez wąski szpaler trzcin i wydostajemy się z powrotem na „szeroki” nurt. Tam ukazuje się naszym oczom ciekawostka przyrodnicza – na prawym brzegu, w szczycie wielkiego, starego pnia, bezczelnie rośnie sobie drugie drzewo – mała brzoza znalazła sobie świetne miejsce na wegetacje i widać, że zadomowiła się tam na dobre. Płyniemy dalej, prosto jak z bicza, mijając szumiące monotonnie szuwary. Robi się nawet nudno. I śpiąco. Ale wtedy na lewym brzegu pokazuje się straszydło. Straszydło zwane Barszczem Sosnowskiego (bądź, jak to lubię mówić ja – Sosną Barszczewskiego;). Nie podpływamy, nie dotykamy, nie prowokujemy. Licho nie śpi. Płyniemy dalej.

Zator-fetor

Woda, rzęsa, trzciny, drzewa, łąki lasy. Wszędzie niebiesko-zielono. Cały czas. Jest ładnie, choć monotonnie. I dziko. Oprócz wspomnianych ławeczek i wieży kościoła przez cały czas nie widać śladu działalności człowieka. Chociaż nie, czasami pojawia się butelka, karton, stara puszka. Niestety.

Dopływamy na wysokość wsi Skarbikowo. I wtedy naszym oczom ukazują się wszystkie ludzkie „skarby”. Koniec rzeki. Wygląda to naprawdę, jakby rzeka skończyła się na ścianie trawy. Ale niestety, to nie trawa. To śmieci. Wielki, ogromny zator wszelakiej masy odpadów, plastików, szkła, drewna, brudu, syfu, kiły i malarii. Świadectwo wyższej kultury tubylców, dowód na to, że rasa ludzka jest najbardziej (niedo)rozwinięta w królestwie zwierząt. Zator ten wygląda tak strasznie, że aż chce się wysiąść z kajaka i rzucić wiosłami. Niestety, tak też trzeba uczynić bo przepłynąć przez to coś po prostu się nie da. Przeciągamy kajaki przez kilkadziesiąt metrów przez wysokie (ała!) pokrzywy i wodujemy je, nie bez problemów (ciężko dostępny brzeg) dalej. Śmieci niestety zaczynają pojawiać coraz częściej i niestety, będą nam okazjonalnie towarzyszyć do końca spływu.

Szczytno, ale bez Juranda

Pół godziny drogi po wstrętnej przeszkodzie na horyzoncie ukazuje nam się XVIII-wieczny, barokowy dwór w Strzyżewie – choć raczej należałoby powiedzieć – jego wierna rekonstrukcja gdyż budynek ten stał w totalnej ruinie jeszcze kilka lat temu. Dziś mieści się w nim ośrodek rekreacyjno-konferencyjny. Płyniemy dalej aż do kolejnej zwały śmieci. Przenosimy kajaki nad blokującym nurt kajakiem, po chwili pojawia się kolejna kłoda w rzece – i tak, przebijając się przez zwalone konary, dopływamy po około 20 minutach do mostu w Szczytnie (nie, to nie to Szczytno z Krzyżaków – choć, ciekawostka, kilka kilometrów na południe od tej wsi znajduje się osada Bogdaniec:).

Utrata piękna, Utrata straszna

Rzeka wreszcie zaczyna się wić, pojawia się też więcej suchych drzew, złowrogo przymierzających się do położenia w przyszłości w wodzie. Część z nich zresztą już to uczyniła i utrudnia (ale też uatrakcyjnia) spływ. Co jakiś czas pojawiają się zwałki, a wśród nich – niestety także śmieci. Fakt, że rzeka jest zupełnie nieprzetartym szlakiem i że nigdy nie była sprzątana to jedno. Ludzkie zdziczenie i chamstwo to temat drugi i nie na ten blog.

Za Strzyżewem zaczynamy dostrzegać wreszcie ślady ludzkiej obecności – pojawiają się przybrzeżne wiaty, budynki. Rzeka zaczyna coraz mocniej meandrować – są momenty, gdy jest pięknie – wysoki brzeg, pięknie rosnące drzewa, urokliwe zakola. I są te momenty złe – zatory ze śmieci oraz nowość – „zapach”. Co tu dużo mówić, co poniektórzy mieszkańcy pobliskich domów ewidentnie wpuszczają do Utraty wszelki syf ze swoich „rezydencji”. Smród a czasami kolor rzeki w pewnych momentach wywołują upiory przeszłości, gdy wspomniani na początku Japończycy uciekali czym prędzej od wijącego się w chopinowskim parku potwora. Niestety, powiedzmy sobie wprost – od Żelazowej Woli aż po ujście do Bzury – Utrata nadal bardziej przypomina kolektor ściekowy niż rzekę. I odpowiedzialni są za to w głównej mierze ci, którzy za przeproszeniem, spuszczają do niej swoje gówna.

Spływ kajakowy z nutą Chopina

Zostawmy jednak te nieprzyjemne tematy. Na prawym brzegu pojawiają się pierwsze zabudowania centrum muzealnego w Żelazowej Woli. Od początku naszego spływu mijają dokładnie trzy i pół godziny. Możemy wyjść na ląd i rozprostować kości ale lepiej podpłynąć jeszcze kawałek i wylądować w samym centrum parku. Postój ten ma same plusy – są wygodne pomosty do przycumowania, można za darmo zwiedzić park (sprytny sposób by nie płacić przy wejściu: wpłynąć do parku rzeką, od zaplecza;). Jest też okazja do wystąpienia w roli „zakopiańskiego misia” i turystycznej osobliwości dla wizytujących park gości, głównie z Japonii (przyjeżdżają tam cały czas;). Zanim jednak dotrzemy do dogodnego zejścia na ląd czeka nas przygoda – spiętrzony próg wodny na chwilę zamienia Utratę w rwącą, górską rzekę. Chętni mogą zmierzyć się z szybkim nurtem i wystającymi kamieniami.

Ruszamy dalej. Przepływamy przez jakże inny niż do tej pory krajobraz. Zniknęła dzika przyroda, pojawił się piękny, zadbany ogród, uregulowany brzeg, płyniemy pod kilkoma pieszymi kładkami a w tle rozbrzmiewają z pobliskiej oficyny dźwięki chopinowskiej muzyki. Po wielu godzinach przedzierania się przez dziką okolicę płyniemy jakiś czas przez zaczarowany ogród.

Do Utraty tchu – przez Chodaków do Bzury

Sielanka niestety kończy się pod kolejnym mostem drogowym a my wpływamy znów w świat spuszczanych do rzeki ścieków, zatorów śmieciowych i powalonych drzew tarasujących drogę. Raz napotykamy nawet hałdę odpadów budowlanych, którą ktoś beztrosko wepchnął do rzeki. A sama Utrata, gdyby nie te przejawy ludzkiego schamienia, prezentuje się tutaj naprawdę pięknie. Jeśli w końcu zostanie zrobiony porządek z nielegalnymi ściekami a rzeka uprzątnięta – będzie to naprawdę bajkowy odcinek rzeki.

Bajki na razie jednak musimy zostawić dla małych dzieci i płynąć (czy raczej przedzierać się) dalej. Godzinę po opuszczeniu Żelazowej Woli dopływamy do mostu i starego młyna w Chodakowie, dzielnicy Sochaczewa. Kto chce wyskoczyć na zakupy może to teraz zrobić, kilkadziesiąt metrów w prawo stoi supermarket stonki czy innej biedronki. Pod mostem jest zdradliwy próg – lepiej przenieść kajaki od lewej strony i nie kusić losu nieprzewidzianą wywrotką.

Rzeka wciska się w ciasne wąwozy, płyniemy teraz cały czas w cieniu porastających brzegi drzew. Ścieki z Chodakowa i śmieci lokalnych miłośników przyrody zabijają w nas resztki wiary w ludzi tudzież wzmagają pragnienie wyjścia na ląd i nie wracania już nigdy do tej postnuklearnej krainy. Żeby nastrój jeszcze bardziej dostosować do okoliczności, zaczyna siąpić deszcz. Napotykamy kolejną zwałę śmieci nie do przejścia. Zaczynamy wyć z rozpaczy. Wycie jednak nic nie daje i musimy po raz kolejny złapać za kajaki i przedzierać się lądem by obejść zawalisko.

Godzinę od mostu w Chodakowie docieramy do kolejnego – nomen omen – po którym kursuje sochaczewska kolejka wąskotorowa. Mijamy go, by po pięciu minutach dopłynąć do jeszcze jednego, tym razem drogowego. Wstępuje w nas nadzieja – oznacza to, że do Bzury zostało już naprawdę niewiele. Za przeprawą Utrata zamienia się w górską rzekę – pewnie dość ma już tego syfu i chce jak najszybciej dopłynąć do Bzury. Nie ułatwia nam to spływu, w nurcie jest sporo kamieni, sama rzeka jest płytka ale rwąca, kilka razy musimy przepychać kajak.

Mijamy po lewej stronie sochaczewską oczyszczalnie która bohatersko i rozpaczliwie próbuje ratować sytuację i dorzuca nam do nurtu nieco czystej wody. Wreszcie na końcu tunelu (a płyniemy w ciemnym, wąskim wąwozie) widać światełko. Radość wlewa się w nasze serca – to Bzura. Jeszcze kilka machnięć wiosłami i oto z piekła wpływamy do raju. Z ciemności w jasność, z wąskiego jaru w rozległe wody, z brudu w czystą, szeroką, wręcz pachnącą Bzurę.

Spływ Utratą – podsumowanie

Od startu w Podkampinosie minęło siedem godzin. Utrata okazała się rzeką przedziwnych skrajności. Najpierw monotonna i prosta, potem dzika, kręta i trudna. Miejscami przepiękna, w niektórych rejonach straszna z uwagi na śmieci i zanieczyszczenia. Niestety, ludzie ludziom (w kajakach) zgotowali taki los. Na nasze nieszczęście, jak wspomniałem na początku – płynęliśmy w wyjątkowo niesprzyjających warunkach przy bardzo niskim stanie wody. Normalny poziom rzeki z pewnością zniwelowałby wiele przykrych niespodzianek.

Tak czy siak – Utrata to rzeka z wielkim potencjałem, ale czeka nas wiele pracy, by przywrócić ją do świetności. Oby stało się to jak najszybciej. My, Moto Przystań, ze swojej strony planujemy w niedalekiej przyszłosci „rozbić” ten feralny zator koło Skarbikowa i udrożnić rzekę tak, by można było bez przeszkód pływać z Podkampinosu do Żelazowej Woli bo trasa ta jest naprawdę wyjątkowa.

Komentarze