Na ratunek Miśkowi!

Zaczęło się od słońca, które rozpędziło sinobure chmury i podpuściło mnie, bym ruszył się z domu. Zabrałem psa, aparat i ruszyłem nad Bzurę porobić zdjęcia do wpisu na zimującego bloga. Jak się wkrótce okazało, temat napisał się sam – choć zupełnie inny od planowanego.

Z granatnikiem na czaple

witkowice-most

Most w Witkowicach – wiosna w środku zimy

Dzień wcześniej postanowiłem udać się na wycieczkę wzdłuż Bzury (o ile dopisze pogoda) od mostu w Witkowicach by prawym brzegiem rzeki dojść do ujścia kanału Łasica. Zabrałem moją długą, radziecką rurę od Zenita (która bardziej przypomina granatnik piechoty niż teleobiektyw) w nadziei na “upolowanie” jakiegoś nadbrzeżnego ptaka (ujście Łasicy do Bzury to ponoć ciekawy teren dla ornitologów). Słońce oświetlało rudy bezkres suchej trawy, na horyzoncie milcząco przyglądał się nam tułowicki bór a po rzece co jakiś czas pędziła para kaczek. Po zimie nie zostało ani śladu – a jeszcze kilka dni temu Bzura spływała krą w iście zimowej scenerii.

Mayday, mayday

pies-na-bzurze

Ratunku…. :(

I tu miały się zacząć długie opisy przyrody i klimat z Reymonta ale życie przygotowało materiał na program interwencyjny – najpierw mój pies stanął jak wryty, patrząc w zarośnięty brzeg Bzury, potem z oddali dobiegło nas żałosne poszczekiwanie. Ruszyłem w stronę wody i zobaczyłem ponury widok – na wystającym z rzeki kawałku drzewa siedział przerażony pies rasy „skundlony wilczur”. Do brzegu nie miał daleko ale silny nurt i głęboka na zakolu rzeka uniemożliwiały mu dotarcie na ląd. Nawet gdyby mógł – chyba nie miał już siły bo wyglądał na ekstremalnie wyczerpanego i wystraszonego.

Nadbzurzański węzeł telefoniczny

No i co tu teraz zrobić? Sam nie wyciągnę, pies sam nie wyjdzie. Stoimy na pustej łące dokładnie „po środku niczego”… Najpierw telefon “do bazy” – czyli na Moto Przystań. Stamtąd dzwonimy na Straż Pożarną. W międzyczasie na 112, 112 kieruje na 998, 998 z Sochaczewa przekazuje do OSP Brochów. W tle tego całego zamieszania “Misiek” z przerażeniem w oczach patrzy na brzeg, z smętnie zwisającym do wody ogonem. Zacząłem się zastanawiać: czy w ogóle dotrwa bo trzymał się już resztką sił; czy ktoś tu w ogóle przyjedzie, czy straż ma czas na takie “pierdoły”, a jeśli jednak – ile godzin im to zajmie bo to nie centrum miasta tylko lokalny koniec świata.

Nadciąga husaria

pies-na-rzece

No, Misiek – dawaj tu do nas!

Tymczasem minęło dokładnie 20 minut i pośród bezkresu żółtawego dywanu traw zobaczyłem na horyzoncie kołyszące się czerwone pudełko. Dzielnie przebijając się przez rachityczny mostek na kanale a potem wspinając na wał, dojechał na miejsce wóz bojowy straży pożarnej. Wkrótce dołączył “znikąd” kolejny pojazd strażacki z łodzią na przyczepce. Z aut wysypała się tyraliera ludzi i w sumie wyglądało to strasznie zabawnie – do jednego skołtunionego psiaka, na totalnym zadupiu przyjeżdża batalion chłopa wsparty dwoma wozami bojowymi i jednostką pływającą. Brakowało tylko helikoptera.

Strażacy dostali się do psa po wyłożonej drabinie, „Misiek” był tak przerażony, że karnie wykonywał wszelkie polecenia – może oprócz tego, by po tej drabinie wrócić na brzeg – został więc „z narażeniem kąpieli” przeniesiony po drabinie przez jednego ze strażaków (tak, tak – był moment zachwiania ale utrzymali równowagę). „Misiek” został uratowany i zabrany tymczasowo do remizy.

pies-uratowany

C robił pies na środku rzeki?

Prawdopodobnie pies przesiedział na tym pniaku kilka dni – być może poniosła go kra albo zarwał się pod nim lód – i płynął tak, aż nie zatrzymał się na tym kawałku drzewa… Już kiedyś w okolicy zdarzyła się podobna sytuacja – jeden z naszych kajakowiczów natknął się również na wilczurowatego psa nad stromym brzegiem rzeki na wysokości Plecewic, uniemożliwiającym mu wejście na brzeg. Tamten pies miał chipa – wkrótce więc odnalazł właściciela. „Misiek” niestety wyglądał na bezpańskiego psa (policzyć można mu było wszystkie żebra). Mamy jednak nadzieję, że pies znajdzie opiekuna i nie skończy żywota w schronisku. W każdym razie – dziękujemy bardzo strażakom z Brochowa – bez Was ta historia mogła się naprawdę źle skończyć.

A tak na koniec – jeśli interesuje Was inna historia o innym psie znad Bzury – a co intrygujące, która rozegrała się ona niemal na tej samej wysokości rzeki tylko po jej drugim brzegu i blisko 80 lat temu, koniecznie przeczytajcie tę historię…

Komentarze